Rok wydania: 2009Developer: Bigbig Studios
Festiwal dotrze wszędzie. Nie straszne mu piaskowe zawijasy
amerykańskich kanionów, ni tropikalna wyspa, ni zapadająca się pod
wpływem trzęsienia ziemi metropolia. Szaleńcy zrobią wszystko, aby raz
jeszcze poczuć tę dawkę adrenaliny w żyłach. Podobnie jest u graczy,
tych trzymających sztamę z japońskim gigantem, którzy od 2006 roku
kojarzą arcadowe wyścigi off-road tylko i wyłącznie z jedną marką –
MotorStorm. Seria ta jest już dzisiaj fenomenalnym zjawiskiem
kulturowym; Evolution Studios stworzyło nie tylko rewelacyjną ścigałkę,
łączącą olbrzymią różnorodność pojazdów i wielopoziomowe trasy, ale i
luzacką atmosferę wokół wydarzeń rozgrywających się – bądź co bądź - na
granicy śmierci. Uzależniającą atmosferę, należy dodać. Każda gra
sygnowana tytułem MotorStorm jest wielka, wyciska z PlayStation 3
ostatnie soki i dlatego wielu fanów niczym jeż podchodziło do zapowiedzi
kolejnej odsłony serii na PSP. Bo jak niby ta przestarzała już konsolka
miałaby udźwignąć całego ducha Festiwalu, zwłaszcza gdy tworzona była
przez inne studio – Bigbig, odpowiedzialne wcześniej za dwie części
Pursuit Force, gry co najwyżej poprawnej? Minęło kilka lat, nim
zachęcony zostałem przez nadmiar nudy do zakupu MotorStorm: Arctic Edge i
dziś, po przeoraniu gry na wszelkie sposoby, odczuwam potrzebę
uderzenia się w pierś i przeproszenia serii za tak długie zwlekanie
przed zawarciem bliższej znajomości z najmniejszym członkiem jej
rodziny.
Na pierwszy ogień idzie nowe środowisko. Już przy nocnych szaleństwach z
Pacific Rift domyślałem się, że któraś z następnych części rzuci gracza
w środowisko górskie. Ale jak to seria ma w zwyczaju, nie obyło się bez
prawdziwego ekstremum. Arctic Edge wypędza festiwalowych szaleńców na –
co sugeruje już tytuł – sam skraj kręgu polarnego. Dostajemy dwanaście
tras położonych na trzech wysokościach: począwszy od błotnistej kopalni
i tartaku, na ogarniętym zawieruchą szczycie kończąc. Nie obędzie się
bez ślizgania po lodowcu i wdrapywania ostatkiem sił silnika na górskie
serpentyny. Każdy tor da się przejechać na wspak, przy innych warunkach
pogodowych. Znak rozpoznawczy serii, czyli dobudowane specjalnie na
potrzeby Festiwalu gigantyczne rampy i drewniane tunele, pieści oczy
fanów w tym surowym środowisku, dlatego nie zdziw się, gdy przez ogromną
przełęcz przejedziesz chybotliwą rurą (gdzie najpewniej zmiażdży Cię
pędząca ciężarówka). Trasy w przenośnej odsłonie MotorStorm są dokładnie
takie, jakich oczekiwałoby się od tej serii – niebezpieczne,
nieprzyjazne i radośnie rozbudowane – niemal wszystkie z nich posiadają
liczne rozjazdy, przystosowane dla danego typu pojazdu. Ciężarówka
pojedzie błotnistym kanionem nie martwiąc się o nic na swojej drodze, a
drobny motorek, nie chcąc ryzykować spotkania z wyżej wspomnianą,
powinien szaleć piętro wyżej, po skalnych urwiskach połączonych ze sobą
licznymi hopkami. I o to chodzi.
Skoro wspomniałem o pojazdach, należy tę kwestię przedstawić w pełnym
świetle. Arctic Edge serwuje osiem klas maszyn, w tym dwie nowe, skutery
śnieżne i wielkie ratraki, oraz jedną wariację na stary temat – śnieżną
terenówkę. Pojazdy te, choć z samej nazwy niby „przystosowane” do
nowego środowiska (o ile można o przystosowaniu w przypadku MotorStorm
mówić), wymagają zupełnie innego podejścia od gracza. Najłatwiej bowiem,
obok samochodu wyścigowego, wpadają w poślizgi, których nieumiejętne
kontrolowanie może skutecznie podnieść temperaturę i wprowadzić w typowy
dla serii „wkurwostan totalny”. Pozostałe wehikuły nie zaskakują
specjalnie, ale – co godne podkreślenia – są lepiej zróżnicowane niż ich
kuzyni z Apokalipsy. Nie trzymają się nawierzchni niczym wstawiony
hydraulik (zwłaszcza ATVki, które przy bardziej falistym odcinku
skrzętnie wywijają wszelkiej maści orły). Bliżej pod tym względem
kieszonkowemu MotorStorm do Pacific Rift. Oryginał pozostaje jednak
niedościgniony.
Tryb festiwalu stawia przed nami okołu dziewięćdziesięciu wydarzeń. Znaczna większość z nich to najbardziej klasyczne wyścigi, czasem połączone ze sobą w miniturnieje. W ramach dodatku pojawiają się przejazdy przez punkty kontrolne z wciąż tykającym zegarkiem nad ramieniem (znane z Pacific Rift, świetne) oraz walki o pozycję z trzema przeciwnikami – im dłużej będziesz na pierwszej pozycji, tym więcej punktów zgarniesz; wygrywa ten, kto pierwszy zdobędzie punktów 999 (zapchajdziura polegająca często na szczęściu). O ile pierwszą połowę festiwalu zaliczyć można z małym palcem w nosie, tak następne wydarzenia doprowadzą do łez nawet wprawionych fanów. Nie ma mowy o kraksach – od razu trzeba restartować wyścig. Nie można bawić się blisko ciężarówek i ratraków – zmiotą Cię z powierzchni ziemi. Należy znać wszystkie zakamarki tras i często ryzykować własnym życiem przejazd po ścieżce nieprzystosowanej do prowadzonego pojazdu dla kilka dodatkowych sekund prowadzenia. Przeciwnicy nigdy nie starają się zwyciężyć, ich jedynym celem jest dopilnowanie, aby gracz przegrał. Będą wpychać się na jego trasę, przeciążać silnik dopalaczem i doprowadzać do wybuchu własnego pojazdu tylko po to, żebyś mógł krzyknąć z całej siły w płucach kilka niecenzuralnych wyrazów. W tym właśnie tkwi siła MotorStorm i należy o tym pamiętać – to nie gra do niedzielnych kierowców. Po zakończeniu festiwalu, co zająć powinno do dwunastu intensywnych godzin, pozostaje zabawa w pokonywanie duchów ekipy Bigbig Studios oraz multiplayer przez Sieć, w którym wciąż jeszcze ktoś przebywa, ale bywają niemałe problemy natury technicznej.
Oprawa Arctic Edge nie zachwyci fanów serii, przyzwyczajonych do majestatycznych widoków na ogromnych telewizorach LCD, ale jak na platformę docelową i standardy PSP, robi dobre wrażenie. Wokół trasy często „dzieje się”: to przeleci samolot, to helikopter, to wystrzelone zostaną race, albo zobaczysz wielkie światła na szczycie góry. Ścieżka dźwiękowa nie ogranicza się, jak to jest w przypadku Apokalipsy, do muzyki elektronicznej. Nasze uszy pieścić będą również ciężkie gitarowe kawałki takich wykonawców, jak Bullet For My Valentine, Queens of the Stone Age, Motörhead, a nawet Radiohead (szalony, ale trafny wybór). Milutko.
Dobry to tytuł. Czuć, że nie był stworzony „na siłę”, weszło w niego
wiele wysiłku i – co najważniejsze – godnie reprezentuje serię
MotorStorm. Unikalne środowisko arktycznych bezdroży powinno zadowolić
każdego fana off-roadowych ścigałek, który ukończył już wszystkie „duże”
odsłony serii. Nawet jeżeli zabawa kończy się szybko, nadszarpane nerwy
nie dadzą o niej tak prędko zapomnieć. Polecam!



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz