niedziela, 14 października 2012

Secret Agent Clank

Rok wydania: 2008
Developer: High Impact Games

Przygodę studia High Impact Games z kieszonsolką Sony można by, w momencie ostatnich drygów platformy, skwitować smutnymi słowami „odcinanie kuponów”. Dobrze sprzedali swoje twory, ale o JAKIEJKOLWIEK oryginalności nie sposób tutaj pisać. Na koncie mają: zaledwie niezłą kontynuację Jak and Daxter, całkiem dobry dodatek do serii Ratchet & Clank oraz omawiany dzisiaj spin-off spin-offa, trzynastą wodę po kisielu ochrzczoną tytułem Secret Agent Clank. Czyli tak - jeszcze jeden dodatek do molocha Insomniac Games, tym razem jednak (przynajmniej w początkowych założeniach) koncentrujący się bardziej na „& Clank”, na blaszanego towarzysza stawiający. Oraz paradoksalny do potęgi, przyprawiający fana o lekki zawrót głowy.

Secret Agent Clank to tytuł szpiegowskiego tasiemca na tropie Bonda, w którym przyszło zagrać Clankowi jeszcze za czasów trzeciej odsłony słynnego platformera. Fakt ten przynosił wiele zabawnych sytuacji, ponieważ postaci, zarówno te stojące po naszej stronie barykady, jak i główny szwarccharakter, nie rozróżniały ekranowej fikcji od szarej (słowo zaiste nietrafne w przypadku serii) rzeczywistości, myślały, że Agent Clank to prawdziwy strażnik galaktycznej sprawiedliwości, zupełnie ignorując jego wielkouchego przyjaciela – realnego herosa de facto. Ktoś z kalifornijskiego studia nie załapał ironii, bowiem Tajny Agent Clank stał się nagle prawdziwą osobistością blaszanego kujonka, pracującym dla specjalnej organizacji szpiegiem, ratującym kosmos od złoczyńców. Do tego przychodzi mu dowieść niewinności Ratcheta, siedzącego za kratkami za domniemane przestępstwo. Szybko staje się zatem jasne, że nawet przy ogromnych chęciach nie można traktować podanej nam historii kanonicznie, nawet jeżeli główny zły okaże kimś dobrze znanym z przeszłości. Pozostaje więc wyłączyć fanowską czujność i skupić się na samej rozgrywce.


A ta jakby na siłę nie oddaje palmy pierwszeństwa Clankowi. Owszem, początkowo weźmiemy udział w kilku misjach z elementami zabawy stealth, czyli likwidowaniu po cichu kolejnych strażników, omijaniu wiązek laserów (przydługie sekwencje Quick Time Events), śledzeniu „tego złego”, przebieraniu się oraz otwieraniu zamków za pomocą prostej minigierki, ale, ale… Po pierwsze – w drugiej połowie gry misje Clanka dają sobie z tą całą skradanką siana i zaczyna się typowo ratchetowa rozgrywka (uboższa pod względem arsenału, tutaj lekko szpiegowskiego: spinki-bomby, róże-działka czy parasolka-miotacz błyskawic), po wtóre – robocik tak naprawdę zajmuje 50% czasu potrzebnego na ukończenie tytułu. Pozostałe misje należą do Ratcheta (sieczki na różnych arenach w więzieniu, utrudnione strafe’owaniem na PSPkowym krzyżaku), Gadgetbotów (milutkie zagadki logiczne) oraz… Kapitana Quarka. Yhm, to pierwszy tytuł w historii serii dający nam kontrolę nad quasi-heroicznym bajarzem. Jego etapy, choć należycie głupkowate (głąbowi zdarzy się nawet zaśpiewać w tearze o tym, jak uratował całe miasto swoim lewym pośladkiem), tracą myszką – to po prostu kolejne areny z przeciwnikami do wybicia. Tak naprawdę tylko za misje Ratcheta należy się twórcom biczowanie. Czyżby ktoś nie był do końca pewny jakości swojej gry, skoro do tytułu, mającego być spin-offowem, wpycha elementy wycięte niemal żywcem z prawdziwych odsłon serii? Doliczmy jeszcze trzy etapy jeżdżone, raczej średnie, oraz jedną strzelankę kosmiczną a’la Galaga, aby zobaczyć, jak dziwacznym worem z pomysłami jest Secret Agent Clank.


Gra ma problem nie tylko z tożsamością. Gadżety nie zaskakują, niczego na poziomie oryginalności kuli dyskotekowej z Tools of Destruction tutaj nie uświadczymy, a arsenał Ratcheta to po prostu żelazny zestaw klasyków, który odgadłby na wstępie każdy fan serii. Clank, nastawiony na cichą rozgrywkę, dostaje niemałej zadyszki w późnej fazie gry, gdy przychodzi mu zmierzyć się z dziesiątkami przeciwników (na których po prostu brakuje amunicji) i wadliwą kamerą, bossów, prócz ostatniego, naprawdę wymagającego, ani widu, ani słychu (z jakimiś tam substytutami krzyżuje szabelkę Kapitan Quark), a planety, prócz ogarniętej karnawałem Rionosis, wywołują ciche westchnięcie uczucia powtarzalności. Każdy świeży pomysł (zamki w drzwiach, gry rytmiczne) wykorzystywany jest parokrotnie, więc potrafi ucieszyć. Przechodzenie przygody po raz drugi, w celu sprawdzenia typowych bonusów, tj. nowego RYNO lub ukrytej miejscówki, było naprawdę męczące. Wkurzają zwłaszcza doczytujące się w locie kwestie mówione, które słyszymy zawsze półtora sekundy za późno. Secret Agent Clank, moim skromnym zdaniem, nie ma prawa zachwycić. Nawet graficznie reprezentuje definicję „poziomu niezłego”, delikatnie ponadprzeciętnego. A może po prostu JEST przeciętny, tylko moje, kochające przecież Ratcheta, serducho nie potrafi tego zrozumieć?

Zastanawiające, bowiem gra spotkała się z ciepłym przyjęciem w mediach. Recenzent jest błędzie? Bynajmniej. Recenzent się nie myli, może co najwyżej mieć inną opinię od swoich kolegów po fachu. Nie przepadam za tworami High Impact Games – to „tylko” poprawne spin-offy znanych marek, których – jak na złość – nie można ocenić zbyt nisko, które do tego naprawdę trudno szczerze polubić. Gdybym miał wybrać jeden z nich, oddałbym głos na Size Matters, tytuł również ginący w mrokach niepamięci. Secret Agent Clank kupić można, spróbować można, przejść także, położyć na półce nie zaszkodzi, polubić trudno, zapomnieć łatwo. A jednak ocena o pół oczka powyżej połowy skali. Chyba za tę arię w wykonaniu Quarka.

Ocena: 5,5/10


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz